Rozdział 4: "Handlarze niewolników"
Usłyszała szelest. Jej oczy natychmiastowo się otworzyły. O dziwo było już ciemno chodź jej się wydawało jakby dopiero co usiadła aby odpocząć. No nie.. musiała zasnąć. Jak mogła sobie na to pozwolić? Znowu to samo. Jakby kroki. Tylko z której strony? Szybko i najbardziej bezszelestnie jak tylko potrafiła poderwała się i chwyciła miecz. Ten błysnął lekko w ciemności od jasności księżyca. Kroki wydawały się być coraz bliżej, widziała już cień. Teraz jedynie musiała ujrzeć postać. Jeszcze chwilę.. już prawie wie kto to jest. BAM! Nagle upadła z strasznym bólem głowy. Ktoś musiał ją czymś uderzyć od tył kiedy była zbyt zajęta wyszukiwaniem intruza z przodu. Skarciła się w myślach za swoją głupotę i nieuwagę. Czuła jak zaczyna tracić przytomność. Ostatnimi słowami jakie usłyszała od napastników był kawałek ich rozmowy.
- Sądzisz, że dobrze za nią zapłacą?
- Phi, księżniczką to ona nie jest ale nie można przeczyć, że nie ładna. Nadaje się. Bierz ją.
Później już nic nie czuła. Zemdlała.
Kiedy otworzyła oczy ból głowy nie był tak straszny jak przypuszczała, że będzie. Sama nie wiedziała ile była nie przytomna ale mogła stwierdzić, że było już południe. Leżała na ziemi wśród liści, jeszcze byli w lesie. Zobaczyła trzech mężczyzn z mieczami spacerującymi powoli w zasięgu jej wzroku. Z pewnością pilnują teren. Musieli zrobić sobie postój. Szybko zamknęła oczy aby nie zobaczyli, że jest już przytomna lecz jednak i to się nie powiodło. Jeden z nich zauważył jej otwarte źrenice i uśmiechnął się do niej krzywo.
- Panienka już się obudziła? Hę? Trochę długo byłaś nie przytomna, już myśleliśmy, że nie żyjesz. – powiedział obojętnie podchodząc do dziewczyny.
- Ile byłam nie przytomna? – zapytała cicho.
- Skoro musisz wiedzieć to może z cztery dni. – odpowiedział wzruszając ramionami. Cztery dni?! Nie chciała wcale w to uwierzyć. Może mężczyzna kłamie? Nie mogła przecież tak długo być nie przytomna! Ale jeśli tak.. to gdzie teraz jest? Prawie sześć dni drogi od Omos.. nie była w stanie stwierdzić. Nie wiedziała nawet w jakim kierunku napastnicy podróżowali. Ucieczka może nie będzie należała do trudnych ale.. jak się odnajdzie? Tym bardziej w nocy bo właśnie wtedy planowała oswobodzenie się z pod kontroli handlarzy niewolnikami. Westchnęła cicho. Mężczyzna bez słowa rzucił jej kawałek suchego chleba i w bukłaku kilka łyków wody. Nie mogła odmówić aby zachować twarz. Bez jedzenia i picia by umarła bo przecież nic nie spożywała od czterech dni. Kiedy już zjadła i zaspokoiła pragnienie rozejrzała się dookoła. Nie znała tego miejsca. Las w Omos był charakterystyczny i znała go jak własną kieszeń bo przecież i to praktycznie w nim spędzała całe swoje dzieciństwo, ale ten był zupełnie inny. Na pewno nie byli w jej królestwie. Szanse aby się odnalazła były znikome ale przecież nie mogła pozwolić aby ci ją sprzedali jako niewolnicę. To nie wchodziło w grę.
- To kiedy dotrzemy do celu? –zapytał jeden z nich nawet nie zwracając uwagi na więźnia.
- Jeszcze dziś wieczorem. – odparł drugi. Dziś wieczorem?! Skoro jeszcze dziś trafi do sprzedaży nie mogła dłużej czekać. Ale co mogła zrobić bez przykrywy nocy? Starała się namierzyć swojego konia ale żadnego tu nie było. Czyżby podróżowali pieszo? Świetnie. Wszystko stawało przeciwko jej ucieczce. Wzrokiem również chciała wyśledzić swój miecz ale także nie mogła go dostrzec. Odebranie broni któremuś z przygłupów nie byłoby zbyt trudne. Powoli się podniosła. Od razu mężczyźnie popatrzyli na nią srogo wyciągając miecze. Tak jak przypuszczała. Idioci.
- Muszę się załatwić. Nie sądziliście chyba, że kobiety nie muszą chodzić do toalet? –powiedziała dalej spoglądając na nich.
- Nie ma mowy. Siadaj! – wycedził jeden z nich podchodząc do niej bliżej z wyciągniętym mieczem. Ta jednak nie posłuchała. Dalej stała nie zwracając uwagi na jego rozkaz.
- Powiedziałem coś chyba! – znów użył podniesionego tonu głosu. Teraz już celował w nią swoją bronią. Miecz dotykał praktycznie jej szyji.
~ Co za łatwizna. ~ pomyślała. Nie raz gdy ćwiczyła z rycerzami z Omosu była w gorszych sytuacjach, a wychodziła z nich zwycięsko. Chociaż wtedy nie groziła jej prawdziwa śmierć bo żaden z rycerzy nie zrobił by jej krzywdy. W przeciwieństwie do tych oto handlarzy niewolnikami. Westchnęła cicho i zaczęła powoli się zniżać do pozycji siedzącej ale wcale tego nie uczyniła, zniżyła się do przysiadu i nim ktokolwiek mógł zareagować wyciągnęła prawą nogę i jednym obrotem podcięła napastnika. Miecz wypadł mu z ręki i gdy był jeszcze w powietrzu został przechwycony przez Elizabeth. Mężczyźni byli w szoku. W ogóle nie spodziewali się kontrataku od kobiety. Jeszcze nigdy im się to nie zdarzyło. Ale nie mogli przecież stać i pozwolić jej uciec. Dziewczyna z mieczem czuła się o wiele bezpieczniej. Ona jedna przeciwko czwórce mężczyzn z czego trzech było uzbrojonych. Nawet nie poczuła strachu. Ale czy powinna teraz walczyć? Może lepiej by było się zmyć? A jeśli zostanie ranna? Nie dokończyła myśleć bo jeden z nich się na nią rzucił. Jednym ruchem miecza odparła jego atak i powaliła go na ziemię. Tak samo było w przypadku kolejnego mężczyzny. Czy oni niczego się nie uczą? Jednak trzeci stał w miejscu nie spuszczając jej z oczu. Wydawał się być tu liderem. Zacisnęła mocniej dłoń na rączce miecza i powoli zaczęła podchodzić do mężczyzny. Zaatakował ją ostrożnie i rozważnie. Praktycznie z gracją, jak prawdziwy rycerz. Nie łatwo było jej uniknąć ataku bo napastnik był szybki i uzdolniony w walce na miecze, nie to co tamci idioci. Teraz ona zaatakowała. Chciała uderzyć mieczem prosto w serce, aby je przebić ale agresor zdążył w porę odeprzeć jej nieudolną próbę zabicia go. Przez chwilę w lesie słychać było jedynie brzęki stali obijających się o siebie oraz szelest liści po których wojownicy stąpali. Elizabeth nie mogła tak walczyć z nim w nieskończoność bo to byłoby głupotą. Musiała się stąd wydostać jak najszybciej więc zdecydowała wyciągnąć swój as. Mało kto wiedział, że specjalizowała się właśnie w podcinaniu przeciwników i dobijaniu ich gdy już leżeli na ziemi więc i to zamierzała uczynić i z nim. Gdy ten zamachnął na nią mieczem ona udawała, że unika ataku, a w prawdzie rzeczy zamachnęła nogę i kopnęła z całej siły w jego zgięcie w kolanie. Od razu padł i gdy już chciała go dobić usłyszała za sobą szelest liści. To pewnie jego towarzysze! Nie przypuszczała, że mogłoby być ich więcej. Odskoczyła szybko na prawo ale poczuła jak stal przedziera się przez jej ubranie i rozcina jej biodro. Ból był okropny tym bardziej, że dziewczyna nie była w ogóle do niego przyzwyczajona. Zwykle nie zostawała ranna od miecza. Złapała się za ranę jedną dłonią. Obróciła się najszybciej jak umiała i wycelowała drugą, z mieczem w kolejnych handlarzy niewolnikami. Prawie pisnęła gdy zobaczyła kolejną czwórkę mężczyzn lecz ci byli o wiele bardziej umięśnieni i wysportowani. Wyglądali na dość strasznie, nie to co tamta czwórka. Nie mogła z nimi walczyć, nie gdy ból w biodrze wręcz zalewał całe jej ciało. Nie sądziła, że zadrapanie może być aż tak bolesne i.. męczące. Trucizna! Jego miecz na pewno był przesączony jakąś trucizną, dlatego robi jej się słabo. Przeklęła się w myślach puszczając ranę. Jej dłoń była teraz zakrwawiona ale nawet nie zwróciła na to uwagi. Nowi czekali chyba aż zemdleje ale nie z nią takie numery. Odwróciła się na pięcie i zaczęła uciekać najszybciej jak tylko jej nogi jej pozwalały. Od razu usłyszała za sobą kolejne odgłosu nóg. Ruszyli w pogoń za nią. Nie ma już szans. Czuje się coraz bardziej zmęczona. Coraz wolniej zaczynała biec, a w oddali nie było widać nic innego niż drzewa. Zwolniła tępo. Wiedziała, że nie ucieknie więc jedynym rozwiązaniem było zabicie tych przeklętych handlarzy niewolnikami. W szczególności zależało jej na uśmierceniu tego jednego, łysego, który odważył się ją zaatakować od tył! Co za brak szacunku, co za hańba! Gdy odwróciła się zobaczyła zaledwie kilka kroków dalej swój cel. Był sam. Chyba sądził, że zdoła ją pokonać w pojedynkę. W sumie to ona też by tak pomyślała, w końcu jego przeciwnik był otruty i bez siły. Nie mogła myśleć negatywnie. Musiała uwierzyć, że da radę. Da radę. Wycelowała mieczem w mężczyznę który zaczął uśmiechać się krzywo. Już chciał ją zaatakować, a ta się bronić gdy ktoś wyskoczył przeciwko jej i odparł atak agresora. Dziewczyna ledwo co zdążyła zareagować, a handlarz niewolnikami już leżał na ziemi krzywiąc się okropnie.
- No, całkiem szybko ci poszło. Nawet z koni nie musieliśmy schodzić. – usłyszała głos. Odwróciła głowę i ujrzała sześć ujeżdżanych koni rycerzy (chodź jeden z nich wcale na takiego nie wyglądał, może to sługa?) z czego był jeszcze jeden należący do rycerza który ocalił jej życie.
- Panie! Proszę, nie. Daruj mi. – krzyknął leżący w dalszym ciągu na ziemi mężczyzna.
- Zawieziemy cię prosto do zamku gdzie zostaniesz uwięziony i stracony za swoje postępki. Handel niewolnikami jest rygorystycznie zabroniony w Camelot. – odpowiedział blondyn przenosząc wzrok na dziewczynę.
- Coś ty sobie myślał ty ośli łbie?! – wypaliła ledwo co mówiąc.W tym momencie sługa roześmiał się wesoło. Rycerz, który ocalił jej żywot był zdziwiony jej postawą zresztą tak jak reszta. A więc jest w Camelot. To dobre kilka dni od jej rodzinnego królestwa.
- Nie rozumiem o co..
- To ja miałam go pokonać. Ta szumowina bez honoru porwała mnie i odurzyła – podeszła do chłopaka chwiejnym krokiem. Reszta rycerzy zeszła z koni podchodząc do nich szybko z wyciągniętymi mieczami (prócz jednego który takowego nie miał, to na pewno sługa). Ale ten zaśmiał się wesoło spoglądając na towarzyszy.
- W porządku. – powiedział, a Ci schowali swoje miecze do pokrowców. Nagle straciła równowagę i zaczynała opadać. W porę blondyn który ją uratował przed śmiercią uchronił ją też przed upadkiem, łapiąc ją w porę. Ból w biodrze był teraz tak nie znośny, że musiała aż krzyknąć. Dopiero teraz najwyraźniej rycerze Camelotu zobaczyli, że jest ranna.
- Musimy zawieść ją do Gaiusa. – odezwał się przejęty sługa.
- Merlinie, pomóż mi ją wsadzić na mojego konia. Gwaine, zbierz rycerzy i rusz w poszukiwaniu reszty. Śladu stóp wskazują, że przyszli stamtąd. Zajmijcie się tym.– odezwał się jej bohater. Chwilę później poczuła jak ktoś ją podnosi lecz dalszej rozmowy już nie zdołała uchwycić gdyż straciła przytomność. Po raz kolejny. Ona to ma szczęście.
lost in Camelot
czwartek, 11 lipca 2013
Rozdział 4
niedziela, 23 czerwca 2013
Rozdział 3
Rozdział 3 - "Ucieczka"
Księżniczka nie musiała długo błagać dziewczyny aby jej pomogła bo ta dość chętnie się zgodziła. Doskonale musiała rozumieć ból i cierpienia jakie czuła księżniczka żyjąc na warunkach swego oschłego ojca. Szybko wymyśliła plan przebrania jej za służkę po czym pożyczyła Elizabeth jedną ze swoich sukni i fartuszków. Ona naprawdę nie wyglądała już tak bogato i dostojnie w ubraniach służby.
- Idealnie. – powiedziała uśmiechając się wesoło gdy zobaczyła swoje odbicie. Już prawie nijak nie przypominała księżniczki. Gdyby nie te szlachetne rysy twarzy i te… włosy. To one zdradzały jej prawdziwą tożsamość. Każdy rycerz i wartownik który ją widział rozpozna te piękne, puszyste, delikatne loki które zdobiły jej głowę. To one były jej zgubą.
- Clarie, musisz ściąć me włosy. – wypaliła szybko łapiąc w dłoń nożyczki i wypychając je w ręce dziewczyny.
- Ależ moja Lady! Te włosy są idealne. Powinny być pani dumą ja nie mogę tego uczynić! – odpowiedziała szybko dziewczyna odkładając nożyczki na szafkę.
- Clarie! Nie widzisz, że to one mnie zdradzają? Jeżeli ktoś zobaczy tak dobrze zadbane włosy od razu zrozumie, że to ja i sprawdzi moją tożsamość. Założę się, że niektórzy rycerze podejrzewają moją ucieczkę po mojej kłótni z ojcem więc jeżeli ty tego nie zrobisz to ja je utnę.. tylko krzywo bo nie widzę nic z tył głowy. – służąca aż pisnęła.
- Dobrze, zrobię to. – odpowiedziała znów łapiąc nożyczki w dłoń.
- Zrób to szybko bo nie mamy czasu. Za niedługo wybije pierwsza. – odparła nadstawiając włosy. Jakoś nie było jej ich szkoda. Nigdy szczególnie nie przejmowała się swoim wyglądem.
- Jak krótko mam je ściąć? – zapytała rudowłosa wręcz załamanym tonem.
- To nie jest ważne, byle by były krótkie. – odpowiedziała zniecierpliwiona księżniczka. Clarie westchnęła głęboko biorąc do ręki ostatni już raz te bujne loki i zamykając przy tym oczy ucięła je tak że zamiast sięgać do łokci ledwo co sięgały księżniczce do ramion. Teraz jej włosy nie wyglądały już tak pięknie jak wcześniej. Praktycznie w ogóle się nie kręciły co spodobało się jej właścicielce, gdyż wcześniejsze loki jej nieco przeszkadzały. Na twarzy Clarie widać było wręcz załamanie. Przez chwilę patrzyła na ścięte włosy które bezwładnie były porozrzucane w okolicach zabiegu po czym w końcu się otrząsnęła.
- Przygotowałaś mi ubranie na zmianę tak jak cię prosiłam? – zapytała szybko strzepując resztki ściętych włosów z ramion.
- Oczywiście. Spakowałam je do torby przypiętej do konia jednego z wieśniaków. To tym zwierzęciem pani ucieknie.
- Mam ukraść jakiemuś biedakowi konia? – zapytała zniesmaczona pomysłem.
- Ustaliłam do kogo należy i wsunęłam pod drzwi godziwą zapłatę jak za konia który nawet nie jest czystej krwi. Nie może pani przecież pojechać na rumaku z królewskiej stajni, nie ma szans aby to przeszło. Po za tym nie ma czasu na zmianę planu gdyż wszystko co Lady ze sobą zabrać jest już w torbach przypiętych do niego spakowane. Trochę pieniędzy, pożywienia, koc do ogrzania oraz rzecz jasna miecz do obrony. Wszystko jest już gotowe. – wymamrotała szybko rozglądając się po komnacie czy aby o niczym nie zapomniała.
- Dziękuję. – powiedziała przytulając dziewczynę, która momentalnie zaniemówiła zszokowana.
- W mojej komodzie jest kuferek z dość sporą ilością galeonów. Weź je proszę w podzięce za to co uczyniłaś.
- Ależ nie mogłabym pani to jest…
- Proszę. To jedyne co teraz mogę dla ciebie zrobić. Zapewnisz tym sobie i swojej rodzinie godny dostatek.– odpowiedziała szybko księżniczka klepiąc lekko dziewczynę po ramieniu.
- Dziękuję moja Lady. – odparła służąca zaczynając płakać. Była wzruszona tak wspaniałomyślnym gestem księżniczki ale również dotarło do niej, że już może nigdy jej nie zobaczyć. Mimo że była zawsze tylko służącą nigdy się tak nie czuła bo to właśnie Elizabeth traktowała ją jak przyjaciółkę. A teraz ona odejdzie z Omos. Serce wypełniło jej się smutkiem.
- Nie płacz, moja droga. – powiedziała cicho księżniczka uśmiechając się pocieszająco.
- Pamiętaj aby pod żadnym pozorem nie przyznawać się pomocy jakiej mi dziś udzieliłaś. Gdyby mój ojciec się dowiedział.. uh.. on jest taki oziębły. Kazałby cię… ściąć. Najlepiej w ogóle wypieraj się wszystkiego związanego z tą sprawą. Wręczając mu list powiedz, że zastałaś go na moim łóżku. Chcę mieć pewność, że go odczyta. A, i nie zapomnij o liście dla sir Blake’a. – mówiła pospiesznie ale zrozumiale. Za oknem dalej było ciemno ale widać było, że powoli zaczyna się przejaśniać. Nawet nie wiedziała która godzina jednak nie było czasu aby sprawdzać. Przytuliła ją po raz ostatni po czym już się nie odwracając wyszła z komnaty. Przez pierwsze kilka minut udało jej się wymijać straż jednak później nie było już tak z górki. Zaczepił ją wartownik pytając kim jest. Wytłumaczyła, że tylko służącą która idzie odprowadzić konia księżniczki Elizabeth od stajni. Przygotowała się na taką opcję więc wcześniej tego wieczoru napisała notkę jako córka Króla z pozwoleniem na przepuszczenie jej „służącej” więc nie miała zbytnio wielkich kłopotów z wyminięciem straży. Z Omos również wyjechała niezauważenie. Gdy mijała granice królestwa był już ranek. Wcześniej zrobiła zaledwie dwa postoje aby koń i ona mogli odpocząć chociaż sama tego nie robiła. Chciała jak najszybciej opuścić to królestwo. Jeszcze trochę, a poczuje się bezpiecznie gdzieś daleko od jej rodzinnego państwa.
Po dobrych kolejnych ośmiu godzinach jazdy postanowiła jednak odpocząć przez chwilę. Nie wiedziała dokąd chce zmierzyć, gdzie się osiedlić więc to była dobra chwila aby się zastanowić nad tym. Zsiadła z konia podwijając rękawy. Zdążyła się już przebrać w wygodny stój który nosiła do polowań. Zamiast sukni czy spódnicy miała ciemne spodnie przylegające lekko do jej zgrabnych nóg. Buty wygodne, brązowe, sięgające do połowy łydek i ciemna, fioletowa koszulka z długimi, podwiniętymi rękawami.
Miała jeszcze długi płaszcz z kapturem w torbie którą przygotowała jej Clarie ale było jej teraz zbyt ciepło aby jeszcze w to się odziać. Rozejrzała się dookoła. Las wydawał się być spokojny. Promienie słoneczne przedzierały się przez liście lekko kołysząc się na wiaterku który od czasu do czasu zawiał. Nie mogła by marzyć o lepszej pogodzie. Przywiązała konia do gałęzi po czym sama usiadła opierając się o jedno z drzew. Oczy same jej się zaczęły zamykać, ogarnęła ją senność. Dopiero w tamtej chwili zdała sobie sprawę, że nie śpi już prawie drugi dzień. Starała się walczyć ze zmęczeniem ale nie potrafiła. Chwilę później już spała.
piątek, 5 kwietnia 2013
Rozdział 2
Rozdział
2 - "Koniec i początek".
Nie wiedziała co czy też jak zrobić ale była
pewna, że nie może zostać w Ker-Paravel. Omos nie było już jej miejscem i teraz zrozumiała to ostatecznie. Wiedziała, że gdy odejdzie będzie lepiej i za nikim
nie zatęskni. Tak, to dobry pomysł ale jak opuścić królestwo bez wiedzy strażników?
Przystanęła przy drzwiach od swojej komnaty i otworzyła je pewnym ruchem dłoni.
Co zrobić aby nie spostrzegli, że jej nie ma? Jak sprawić by mieć choćby i
dodatkowe minuty? Z myśli wyrwał ją damski
głos.
- Lady Elizabeth. Przygotowałam dla panienki ciepłe ręczniki, a woda taka jaką pani lubi czeka w wannie. Jest pani gotowa do kąpieli? – zapytała jej służąca. Dziewczyna nazywała się Clarie Sampel i była jej służką odkąd tylko sięgała jej pamięć. Za młodu dziewczyny bawiły się razem gdyż jej matka była także jej służką gdy ta była małą księżniczką. Lecz jej matka zmarła, a 14 letnia Clarie przejęła jej obowiązki. Mimo wszystko dobrze się z nią dogadywała i znajdowała w niej wielkie oparcie w trudnych chwilach. Posłała jej uśmiech tak wesoły na jaki było ją tylko ostać lecz jej prawdziwe emocje zostały i tak szybko odgadnięte.
- Tak, dziękuje Clarie. – podeszła do niej i odwróciła się aby ta rozpięła jej sukienkę. Resztę ściągnęła sama i weszła do idealnie gorącej wody. Dziewczyna uwielbiała takie kąpiele w których mogła po porostu nie myśleć o przykrościach tylko odprężyć się i zapomnieć.
- Jak przebiegło spotkanie z sir Blakiem? – zapytała dziewczyna wcierając rumiankowy szampon w włosy księżniczki. Ona była jedyną osobą która znała jej największy sekret i szczerze powiedziawszy odpowiadało jej to. Nie wiedziała jak bardzo byłoby jej ciężko bez Sampel ale wolała się nawet nie zastanawiać.
- Było całkiem miło. – uśmiechnęła się lekko.
- Czy Lady Elizabeth i Sir Blake? – tu się zacięła i jak przypuszczała księżniczka dziewczyna ugryzła się w język. Nie w porę bo nie w porę ale przynajmniej nie dokończyła.
- Nie, skąd! – odpowiedziała jej po chwili śmiejąc się wesoło. – Sama nie wiem co czuję do Blake’a, a jeśli nie jestem pewna nigdy bym tego nie zrobiła. Musiałabym wiedzieć.. na pewno. – dodała zgodnie z prawdą. Po jej wyznaniu służąca uśmiechnęła się delikatnie widząc jak bardzo Lady jej ufa. Ulżyło jej też, że za tak odważne pytanie nie została ukarana.
- To bardzo szlachetne, moja Lady. – odpowiedziała szybko zaczynając spłukiwanie włosów.
Nie zajęło dziewczynie długo wytarcie się i ubranie w nocną koszlę. Siedziała już na fotelu czekając do położenia się spać. Wpatrywała się w iskry z kominka gdy nagle myśli o ucieczce wróciły. To szaleństwo! Jeżeli miałaby uciekać musiała by to zrobić jeszcze tej nocy gdyż to już jutro wraz z ojcem przybędą do murów Omos. Nie jest nawet przygotowana ale.. ta chęć, wręcz ta potrzeba ulotnienia się z tego miejsca sięgała tak głęboko jej serca. Spojrzała na Clarie, która poprawiała właśnie poduszkę na jej wielkim łożu. Z myśli wyciągnęło ją pukanie do drzwi, a serce podskoczyło jej do gardła. Poczuła strach. Po tak ostrej przemowie do ojca nie chciała z nim teraz rozmawiać a jakoś czuła, że to on. Nigdy jej nie odwiedzał jednak po dzisiejszym dniu mógł przyjść aby się jej odpłacić za to co powiedziała. Nakrzyczeć, wpakować do lochu bądź bóg wie co. Drżącym głosem zaprosiła gościa do swej komnaty. Ku jej zdziwieniu ale także wielkiej radości do komnat wszedł sir Blake. Nie wyglądał na zadowolonego wręcz można by było powiedzieć, że jest wściekły.
- Blake. – powiedziała i szybko podniosła się z fotela robiąc kilka kroków na przód.
- Elizabeth. – odpowiedział cicho patrząc na nią jak zbity psiak. On również zrobił do nie kilka kroków. Stali tak blisko siebie, że mogli się objąć ale żadne z nich nie poczynił postępów co do tego.
- W sali tronowej.. to co powiedziałaś ojcu było okropne. – powiedział nagle. Tak, on też tak uważał. Zacisnęła zęby aby się nie zacząć krzyczeć. Tak bardzo nie chciała o tym myśleć, a on przyszedł aby jej o tym przypominać i powiedzieć, że mu się to nie podobało? Oh, Blake ty głupku.
- Wiem, przesadziłam ale.. ojciec w ogóle mnie nie rozumie i wcale nie stara się zrozumieć. – powiedziała cicho. Jakby to w ogóle mogło być wytłumaczeniem jej słów.
- Jemu na tobie naprawdę zależy a ty.. zachowałaś się niemądrze – w jego głosie można było odczuć nutkę wyrzutu co sprawiło, że dziewczynie podskoczyło ciśnienie.
- Od kiedy nagle stajesz po stronie mego ojca? Muszę cię zasmucić, Blake ale się mylisz bo mojemu ojcowi nie zależy na niczym innym niż na królestwie. Powiedz mi czy wyglądał po moich słowach na zasmuconego? Zranionego? No dalej Blake, słucham. – wzięła powoli głębszy oddech starając się ukoić nerwy i złość. Nie miała najmniejszej ochoty aby dziś kłócić się jeszcze z nim. Chłopak przez chwilę przyjął minę jakby chciał sobie coś przypomnieć, a potem spojrzał jej w oczy ze lekką skruchą.
- Nie. – wymamrotał. – Był spokojny. – dodał po chwili równie cicho co wcześniej.
- No właśnie. Daje mi to wszystko – rozłożyła ręce na boki wskazując swoją komnatę – tylko dlatego, że jestem jego córką, a tak właściwie dzieckiem kobiety którą kochał. Robi to dla niej, nie dla mnie. On mnie nie kocha, Blake. – powiedziała przecierając dłonią po policzku bo nagle samotna łza ulotniła się z jej oka.
- Nie sądzę aby wziął twoje słowa na poważnie. – powiedział po chwili nie spuszczając dziewczyny z oczu.
- Wziął to bardzo poważnie, uwierz mi. – odpowiedziała mu szybko po czym wyminęła go. Stała teraz odwrócona do niego plecami. Nie wiedziała czy powinna mu powiedzieć o swoich planach. Z pewnością będzie chciał ją powstrzymać przed ucieczką ale on nie rozumie. Ma rodziców którzy go kochają, siostrę która oddałaby mu wszystko i brata który w obronie jego poświęcił by życie. On nigdy jej nie zrozumie więc nie mogła z nim o tym porozmawiać. To nie miało by sensu.
- Sądzę, że powinienieś już iść Blake. – powiedziała cicho. – Porozmawiam jutro z ojcem jeszcze raz i go przeproszę. – to co powiedziała nie miało się nijak do tego co naprawdę zamieżała zrobić. Rozmowa z oschłym ojcem nie wchodziło w grę tak samo jak zostanie w Omos.
- Dobrze. W takim razie zobaczymy się jutro. – odpowiedział cicho po czym wyminął ją szybko.
- Blake. – przez chwilę wstrzymała oddech nie wiedząc jak się zabrać do wyznania. – Sądzę, że powinniśmy przestać.. się widywać. – gdy tylko szare oczy chłopaka powędrowały na jej twarz, ta spuściła wzrok. Nie poczuła w sercu smutku czy też bólu co ją bardzo zdziwiło. Czyżby jednak nie kochała chłopaka tak jak on kochał ją? Nie zrywałaby z nim gdyby nie planowała ucieczki ale nie sądziła, że przyjdzie jej to aż tak łatwo. Chciała aby chłopak nie myślał o niej gdy ta odejdzie i ułożył sobie życie. Znalazł dziewczynę, która naprawdę na niego zasłuży.
- Elizabeth.. – powiedział po czym przez chwilę w pokoju zapanowała grobowa cisza. Clarie, która dalej znajdowała się w pokoju aż wstrzymała oddech aby jej nie zakłócić.
- Czy.. nie podjęłaś tego zbyt.. – chłopak się jąkał i nie do końca wiedział jak ująć swoje uczucia w słowa.
- Nie, Blake. Nie podjęłam tej decyzji pochopnie, wybacz. Ale.. musisz wiedzieć, że cokolwiek się stanie.. zawsze będzie mi na tobie zleżeć. – starała się uśmiechnąć ale jakoś nie była w stanie. Nie było sensu przeciągać tej rozmowy. Robiło się coraz później a jeśli faktycznie chciała zbiec z Ker-Paravel nie mogła się ociągać.
- Ale nie tak jak mi na tobie. – odpowiedział kiwając lekko głową. Nie wyglądał na jakoś szczególnie zaskoczonego. Dziewczyna podejrzewała, że Blake czuł już od jakiegoś czasu, że nic z tego nie będzie, a jej słowa to udowodniły.
- Przepraszam. Mam nadzieję, że zostaniemy przyjaciółmi. – westchnęła cicho. - Jak kiedyś. – dodała szybko starając się aby chłopak przypomniał sobie dawne czasy kiedy nie łączyła ich namiętność, a prawdziwa i szczera przyjaźń. Księżniczka wiedziała, że gdyby nie wyznanie rycerza ich romans nigdy by nie miał miejsca.
- Jasne. – wymamrotał. Teraz to on starał się uśmiechnąć ale jego starania nie miały specjalnego rezultatu. Nie mogła już patrzeć na tak załamanego przyjaciela. Łamało to jej serce.
- Blake. Ja.. ja po prostu chcę powiedzieć.. żegnaj. – nie myśląc za wiele podeszła bliżej rycerza i przytuliła go mocno. Wiedziała, że to prawdopodobnie ich ostatnie spotkanie. Była możliwość i to bardzo duża, że już nigdy go nie zobaczy. Czuła pustkę i żal, że straci swojego przyjaciela ale nie potrafiła dłużej już żyć na warunkach jej ojca.
- Tak, Elizbeth. Żegnaj. – powiedział jej do ucha i w końcu odwzajemnił uścisk. Stali tak chwilę po czym chłopak pierwszy się od niej oderwał. Posłał jej smętny uśmiech i już bez następnych, niepotrzebnych słów wyszedł z jej komnaty pozostawiając za sobą smutną atmosferę. Księżniczka patrzyła jeszcze chwilę na drzwi od swego pokoju po czym w końcu się otrząsnęła.
- Clarie, przynieś mi kartkę i pióro. Muszę napisać list. – tak, list z wyjaśnieniami Blake’owi się należał. Powinien znać przyczyny jej opuszczenia Omos. Nie chciała aby przypadkowo się o to obwiniał. Gdy tylko dostała potrzebne rzeczy zaczęła pisać. List nie był specjalnie długi ale zawierał wszystko to co chciała mu powiedzieć. Że co prawda nie darzy go tak gorącym uczuciem, ale mu na nim cholernie zależy. Że nie potrafi już dłużej żyć w królestwie w którym jest zmuszana do ślubu. Że ucieka.. i że już nigdy nie wróci. Przygotowała również specjalną notkę dla ojca w której napisała jedynie jedno zdanie. Przepraszam, nie szukaj mnie. – Elizabeth.
Zapakowała listy w dwie koperty podpisując każdą imieniem odbiorcy i zawołała do siebie służącą.
- Dasz to jutro sir Blakeowi, a to memu ojcu. Tylko się nie pomyl. – powiedziała szybko wręczając jej dwie szczelnie zamknięte już koperty.
- Wporządku, moja Lady. – odpowiedziała jej dziewczyna kłaniając się lekko. Schowała dwa podarunki do kieszeni fartuszka i ruszyła do drzwi.
- Potrzebujesz Lady czegoś jeszcze? – zapytała cicho.
- Nie.. chociaż. Sama nie wiem czy powinnam cię o to prosić.
- Powiedz tylko Lady, a uczynię o co prosisz.
- Pomóż mi.. w ucieczce z Omosu. – powiedziała nie spuszczając Clarie z oczu. Na jej twarzy malował się strach ale i zszokowanie.
- Lady Elizabeth. Przygotowałam dla panienki ciepłe ręczniki, a woda taka jaką pani lubi czeka w wannie. Jest pani gotowa do kąpieli? – zapytała jej służąca. Dziewczyna nazywała się Clarie Sampel i była jej służką odkąd tylko sięgała jej pamięć. Za młodu dziewczyny bawiły się razem gdyż jej matka była także jej służką gdy ta była małą księżniczką. Lecz jej matka zmarła, a 14 letnia Clarie przejęła jej obowiązki. Mimo wszystko dobrze się z nią dogadywała i znajdowała w niej wielkie oparcie w trudnych chwilach. Posłała jej uśmiech tak wesoły na jaki było ją tylko ostać lecz jej prawdziwe emocje zostały i tak szybko odgadnięte.
- Tak, dziękuje Clarie. – podeszła do niej i odwróciła się aby ta rozpięła jej sukienkę. Resztę ściągnęła sama i weszła do idealnie gorącej wody. Dziewczyna uwielbiała takie kąpiele w których mogła po porostu nie myśleć o przykrościach tylko odprężyć się i zapomnieć.
- Jak przebiegło spotkanie z sir Blakiem? – zapytała dziewczyna wcierając rumiankowy szampon w włosy księżniczki. Ona była jedyną osobą która znała jej największy sekret i szczerze powiedziawszy odpowiadało jej to. Nie wiedziała jak bardzo byłoby jej ciężko bez Sampel ale wolała się nawet nie zastanawiać.
- Było całkiem miło. – uśmiechnęła się lekko.
- Czy Lady Elizabeth i Sir Blake? – tu się zacięła i jak przypuszczała księżniczka dziewczyna ugryzła się w język. Nie w porę bo nie w porę ale przynajmniej nie dokończyła.
- Nie, skąd! – odpowiedziała jej po chwili śmiejąc się wesoło. – Sama nie wiem co czuję do Blake’a, a jeśli nie jestem pewna nigdy bym tego nie zrobiła. Musiałabym wiedzieć.. na pewno. – dodała zgodnie z prawdą. Po jej wyznaniu służąca uśmiechnęła się delikatnie widząc jak bardzo Lady jej ufa. Ulżyło jej też, że za tak odważne pytanie nie została ukarana.
- To bardzo szlachetne, moja Lady. – odpowiedziała szybko zaczynając spłukiwanie włosów.
Nie zajęło dziewczynie długo wytarcie się i ubranie w nocną koszlę. Siedziała już na fotelu czekając do położenia się spać. Wpatrywała się w iskry z kominka gdy nagle myśli o ucieczce wróciły. To szaleństwo! Jeżeli miałaby uciekać musiała by to zrobić jeszcze tej nocy gdyż to już jutro wraz z ojcem przybędą do murów Omos. Nie jest nawet przygotowana ale.. ta chęć, wręcz ta potrzeba ulotnienia się z tego miejsca sięgała tak głęboko jej serca. Spojrzała na Clarie, która poprawiała właśnie poduszkę na jej wielkim łożu. Z myśli wyciągnęło ją pukanie do drzwi, a serce podskoczyło jej do gardła. Poczuła strach. Po tak ostrej przemowie do ojca nie chciała z nim teraz rozmawiać a jakoś czuła, że to on. Nigdy jej nie odwiedzał jednak po dzisiejszym dniu mógł przyjść aby się jej odpłacić za to co powiedziała. Nakrzyczeć, wpakować do lochu bądź bóg wie co. Drżącym głosem zaprosiła gościa do swej komnaty. Ku jej zdziwieniu ale także wielkiej radości do komnat wszedł sir Blake. Nie wyglądał na zadowolonego wręcz można by było powiedzieć, że jest wściekły.
- Blake. – powiedziała i szybko podniosła się z fotela robiąc kilka kroków na przód.
- Elizabeth. – odpowiedział cicho patrząc na nią jak zbity psiak. On również zrobił do nie kilka kroków. Stali tak blisko siebie, że mogli się objąć ale żadne z nich nie poczynił postępów co do tego.
- W sali tronowej.. to co powiedziałaś ojcu było okropne. – powiedział nagle. Tak, on też tak uważał. Zacisnęła zęby aby się nie zacząć krzyczeć. Tak bardzo nie chciała o tym myśleć, a on przyszedł aby jej o tym przypominać i powiedzieć, że mu się to nie podobało? Oh, Blake ty głupku.
- Wiem, przesadziłam ale.. ojciec w ogóle mnie nie rozumie i wcale nie stara się zrozumieć. – powiedziała cicho. Jakby to w ogóle mogło być wytłumaczeniem jej słów.
- Jemu na tobie naprawdę zależy a ty.. zachowałaś się niemądrze – w jego głosie można było odczuć nutkę wyrzutu co sprawiło, że dziewczynie podskoczyło ciśnienie.
- Od kiedy nagle stajesz po stronie mego ojca? Muszę cię zasmucić, Blake ale się mylisz bo mojemu ojcowi nie zależy na niczym innym niż na królestwie. Powiedz mi czy wyglądał po moich słowach na zasmuconego? Zranionego? No dalej Blake, słucham. – wzięła powoli głębszy oddech starając się ukoić nerwy i złość. Nie miała najmniejszej ochoty aby dziś kłócić się jeszcze z nim. Chłopak przez chwilę przyjął minę jakby chciał sobie coś przypomnieć, a potem spojrzał jej w oczy ze lekką skruchą.
- Nie. – wymamrotał. – Był spokojny. – dodał po chwili równie cicho co wcześniej.
- No właśnie. Daje mi to wszystko – rozłożyła ręce na boki wskazując swoją komnatę – tylko dlatego, że jestem jego córką, a tak właściwie dzieckiem kobiety którą kochał. Robi to dla niej, nie dla mnie. On mnie nie kocha, Blake. – powiedziała przecierając dłonią po policzku bo nagle samotna łza ulotniła się z jej oka.
- Nie sądzę aby wziął twoje słowa na poważnie. – powiedział po chwili nie spuszczając dziewczyny z oczu.
- Wziął to bardzo poważnie, uwierz mi. – odpowiedziała mu szybko po czym wyminęła go. Stała teraz odwrócona do niego plecami. Nie wiedziała czy powinna mu powiedzieć o swoich planach. Z pewnością będzie chciał ją powstrzymać przed ucieczką ale on nie rozumie. Ma rodziców którzy go kochają, siostrę która oddałaby mu wszystko i brata który w obronie jego poświęcił by życie. On nigdy jej nie zrozumie więc nie mogła z nim o tym porozmawiać. To nie miało by sensu.
- Sądzę, że powinienieś już iść Blake. – powiedziała cicho. – Porozmawiam jutro z ojcem jeszcze raz i go przeproszę. – to co powiedziała nie miało się nijak do tego co naprawdę zamieżała zrobić. Rozmowa z oschłym ojcem nie wchodziło w grę tak samo jak zostanie w Omos.
- Dobrze. W takim razie zobaczymy się jutro. – odpowiedział cicho po czym wyminął ją szybko.
- Blake. – przez chwilę wstrzymała oddech nie wiedząc jak się zabrać do wyznania. – Sądzę, że powinniśmy przestać.. się widywać. – gdy tylko szare oczy chłopaka powędrowały na jej twarz, ta spuściła wzrok. Nie poczuła w sercu smutku czy też bólu co ją bardzo zdziwiło. Czyżby jednak nie kochała chłopaka tak jak on kochał ją? Nie zrywałaby z nim gdyby nie planowała ucieczki ale nie sądziła, że przyjdzie jej to aż tak łatwo. Chciała aby chłopak nie myślał o niej gdy ta odejdzie i ułożył sobie życie. Znalazł dziewczynę, która naprawdę na niego zasłuży.
- Elizabeth.. – powiedział po czym przez chwilę w pokoju zapanowała grobowa cisza. Clarie, która dalej znajdowała się w pokoju aż wstrzymała oddech aby jej nie zakłócić.
- Czy.. nie podjęłaś tego zbyt.. – chłopak się jąkał i nie do końca wiedział jak ująć swoje uczucia w słowa.
- Nie, Blake. Nie podjęłam tej decyzji pochopnie, wybacz. Ale.. musisz wiedzieć, że cokolwiek się stanie.. zawsze będzie mi na tobie zleżeć. – starała się uśmiechnąć ale jakoś nie była w stanie. Nie było sensu przeciągać tej rozmowy. Robiło się coraz później a jeśli faktycznie chciała zbiec z Ker-Paravel nie mogła się ociągać.
- Ale nie tak jak mi na tobie. – odpowiedział kiwając lekko głową. Nie wyglądał na jakoś szczególnie zaskoczonego. Dziewczyna podejrzewała, że Blake czuł już od jakiegoś czasu, że nic z tego nie będzie, a jej słowa to udowodniły.
- Przepraszam. Mam nadzieję, że zostaniemy przyjaciółmi. – westchnęła cicho. - Jak kiedyś. – dodała szybko starając się aby chłopak przypomniał sobie dawne czasy kiedy nie łączyła ich namiętność, a prawdziwa i szczera przyjaźń. Księżniczka wiedziała, że gdyby nie wyznanie rycerza ich romans nigdy by nie miał miejsca.
- Jasne. – wymamrotał. Teraz to on starał się uśmiechnąć ale jego starania nie miały specjalnego rezultatu. Nie mogła już patrzeć na tak załamanego przyjaciela. Łamało to jej serce.
- Blake. Ja.. ja po prostu chcę powiedzieć.. żegnaj. – nie myśląc za wiele podeszła bliżej rycerza i przytuliła go mocno. Wiedziała, że to prawdopodobnie ich ostatnie spotkanie. Była możliwość i to bardzo duża, że już nigdy go nie zobaczy. Czuła pustkę i żal, że straci swojego przyjaciela ale nie potrafiła dłużej już żyć na warunkach jej ojca.
- Tak, Elizbeth. Żegnaj. – powiedział jej do ucha i w końcu odwzajemnił uścisk. Stali tak chwilę po czym chłopak pierwszy się od niej oderwał. Posłał jej smętny uśmiech i już bez następnych, niepotrzebnych słów wyszedł z jej komnaty pozostawiając za sobą smutną atmosferę. Księżniczka patrzyła jeszcze chwilę na drzwi od swego pokoju po czym w końcu się otrząsnęła.
- Clarie, przynieś mi kartkę i pióro. Muszę napisać list. – tak, list z wyjaśnieniami Blake’owi się należał. Powinien znać przyczyny jej opuszczenia Omos. Nie chciała aby przypadkowo się o to obwiniał. Gdy tylko dostała potrzebne rzeczy zaczęła pisać. List nie był specjalnie długi ale zawierał wszystko to co chciała mu powiedzieć. Że co prawda nie darzy go tak gorącym uczuciem, ale mu na nim cholernie zależy. Że nie potrafi już dłużej żyć w królestwie w którym jest zmuszana do ślubu. Że ucieka.. i że już nigdy nie wróci. Przygotowała również specjalną notkę dla ojca w której napisała jedynie jedno zdanie. Przepraszam, nie szukaj mnie. – Elizabeth.
Zapakowała listy w dwie koperty podpisując każdą imieniem odbiorcy i zawołała do siebie służącą.
- Dasz to jutro sir Blakeowi, a to memu ojcu. Tylko się nie pomyl. – powiedziała szybko wręczając jej dwie szczelnie zamknięte już koperty.
- Wporządku, moja Lady. – odpowiedziała jej dziewczyna kłaniając się lekko. Schowała dwa podarunki do kieszeni fartuszka i ruszyła do drzwi.
- Potrzebujesz Lady czegoś jeszcze? – zapytała cicho.
- Nie.. chociaż. Sama nie wiem czy powinnam cię o to prosić.
- Powiedz tylko Lady, a uczynię o co prosisz.
- Pomóż mi.. w ucieczce z Omosu. – powiedziała nie spuszczając Clarie z oczu. Na jej twarzy malował się strach ale i zszokowanie.
piątek, 22 marca 2013
Rozdział 1
Rozdział 1 - "Nienawidzę cię"
Elizabeth Pevensie zauważyła, że ludzie z niższych rang
społecznych zwykle nie są tak ponurzy czy smutni. Chodź nie mieli wiele byli
szczęśliwymi ludźmi bo wiedzieli, że mają na kim polegać, a miłość bliskich im
wystarczyła. Ona, chodź była księżniczką wielkiego mocarstwa Omos jakoś nigdy
nie potrafiła się poczuć szczęśliwie. Można by powiedzieć, że jej życie było usłane różami i chodź
wszyscy mogliby pomyśleć, że ma wszystko ona w sercu czuła, że tak naprawdę nie
ma niczego. Jej ojciec – król Neopol Pevensie I nie należał do zatroskanych osób. Nie
wyrażał dla niej jakiś szczególnych emocji. Owszem, okazywał czasem zmartwienie gdy coś poważniejszego jej dolegało ale dziewczyna nigdy nie odczuła jego rodzicielskiej miłości. Za to przypuszczała, że jej ojciec wolałby mieć syna, który mógłby go zastąpić gonie na tronie. Była praktycznie pewna, że gdyby jej matka, królowa Shawana Pevensie, nie zmarła kilka dni po porodzie przez zarazę, chciałby mieć jeszcze jedno dziecko tylko, że syna. Dziewczyna zdołała odczuć brak matki w wielu sytuacjach swojego życia. Nie dość, że nigdy jej nie
widziała to nie wiedząc dlaczego nieco obwiniała się o jej zgon. Czuła jednak, że ojciec
musiał ją naprawdę mocno kochać gdyż nigdy później nie miał żadnej kobiety. I mimo, że już od swoich narodzin była
księżniczką co najmniej do 22 roku życia
ojciec wcale ją tak nie traktował. Wyruszał z nią na polowania, uczył taktyk militarnych, walki na
miecze oraz w ręcz. Jednak to się zmieniło się to z pewną propozycją. Król August III zaproponował sojusz królestwu Omos między Merliee. Traktat jednak miał być zawarty najważniejszym i najsilniejszym pokojowym paktem i miało to być małżeństwo jego syna, księcia Muriela z piękną Elizabeth Pevensie. Chodź król z początku nie był do tego przekonany zmienił zdanie gdy zobaczył jak wiele zyskałby Omos po przystaniu na propozycję. Nakazał wezwać do siebie swoją córkę aby uświadomić jej fakt, że zaraz rozpoczną się przygotowania do jej ślubu. Gdy dziewczyna przybyła do sali tronowej przyjrzał się jej
uważnie. Od razu spojrzał na córkę nie jako na chłopczyce, ale prawdziwą
kobietę. Była piękna i tak bardzo podobna do jego żony. Długie, ciemno brązowe,
kręcone włosy aż do pasa, przenikliwe czekoladowe oczy, zmysłowe usta które
gdy się uśmiechały ukazywały rząd śnieżnobiałych zębów. Dziewczyna była odziana w długą zieloną
suknię podkreślającą biust. Nie wyglądała na zadowoloną z powodu przybycia na spotkanie z ojcem.
- O co chodzi ojcze? Nie rozumiem czemu mnie teraz wezwałeś. Czyżby coś się stało? – zapytała dziewczyna nieco podenerwowana. Nikt nie wiedział, że jeszcze pół godziny temu obściskiwała się z jednym z rycerzy jej ojca. Sir Blake był najmłodszym, a zarazem najzabawniejszym rycerzem w gwardii Omos. Miał zaledwie 21 lat, a zdobył wielkie zaufanie nie tylko króla, kompanów czy mieszkańców ale także samej księżniczki. Od zawsze się przyjaźnili ale dopiero nie dawno chłopak przełamał lody i wyznał co naprawdę skrywa w swoim sercu. Chodź dziewczyna nigdy nie wiedziała za bardzo jak jest kochać przystała na jego wyznanie. Jednak wcale nie byli parą, dziewczyna najzwyczajniej bała się tego słowa, a tematu unikała jak ognia. Rycerz był wspaniałomyślny i nie nękał jej zadawaniem pytań typu „Co do mnie czujesz?” czy „Jesteśmy razem?” gdyż ona po prostu musiała wszystko przemyśleć. Spotykali się chętnie w jej sypialni czy w innych zakamarkach zamku gdzie nikogo nie było i spędzali razem czas całując się, przytulając i rozmawiając błogo. Elizabeth naprawdę lubiła ich spotkania lecz wiedziała, że gdyby ktoś się o nich dowiedział ojciec nakazałby ściąć Blakeowi głowę, a ją zamknąłby w jej komnacie przez długi, długi okres czasu.
- Wyglądasz dziś pięknie. – przyznał po czym wstał z tronu robiąc kilka kroków w jej stronę. Uśmiech nie schodził mu z twarzy dlatego dziewczyna była jeszcze bardziej zdziwiona. – Tak czy inaczej.. wezwałem cię aby powiadomić cię o tym, że już pojutrze będziemy mieć w Omosie bardzo ważnych gości. – podszedł jeszcze trochę tak, że córkę miał na wyciągnięcie ręki.
- Doprawdy? Więc kto do nas przyjedzie i w jakim celu? – zapytała spoglądając ukradkiem na sir Blake’a. Cały czas się uśmiechał w jej stronę co sprawiało, że dziewczyna była jeszcze bardziej skołowana. Jak miała rozmawiać o poważnych rzeczach gdy on wysyłał jej te swoje zalotne uśmiechy. Nie żeby miała coś przeciwko.. ale jednak to nie było dobre miejsce ani czas. Posłała mu nieco mroźne spojrzenie ale nie mogła go utrzymać długo i po kilku sekundach znów rozbawienie „wpadło” w jej źrenice.
- Nie uwierzysz ale będzie to król August wraz ze swoim synem. Pamiętasz księcia Muriela, prawda? Spotkaliście się już kiedyś.
- Tak, przypominam sobie. – odparła dziewczyna. Pamiętała ich spotkanie bardzo dokładnie chodź odbyło się ono kilka lat temu. Książę Muriel był naprawdę przystojny i miał perfekcyjne maniery ale w ogóle nie potrafił się bawić. Wolałby przesiedzieć cały dzień nad papierami niż ten czas poświęcić na nią podczas jakiegoś miłego pikniku czy choćby polowaniu. Tydzień który razem spędzili, a raczej nie spędzili ponieważ książę Muriel praktycznie cały czas siedział w zamku rozmawiając z księgowymi królestwa na temat „jak synchronizują swoje raporty?” i zachwycał się sposobami jakie się stosuje w tym temacie w Omosie, w czasie gdy ona używała życia wraz z Blakiem na polowaniach, piknikach i obiadach które o ironio były przygotowane dla niej i dla Księcia Poważniachy, wspominała miło.. tylko, że w chwilach bez jego towarzystwa.
- To wspaniale, że pamiętasz wasze pierwsze spotkanie. To ważne aby mieć w głowie chwile spotkania swojego przyszłego męża. – powiedział po chwili odchodząc kilka kroków od córki. - Ach, jesteś już taka dorosła. – dodał po chwili gdy dziewczyna nic nie odpowiedziała. Elizabeth była w kompletnym szoku i Blake z resztą także. Nie mogła uwierzyć, że ojciec za jej plecami przygotowywał dla niej pakty małżeńskie. Przez chwilę nie była wstanie wydusić słowa bo złość, panika i wiele innych emocji jakby zablokowało jej gardło. Wzięła kilka głębokich oddechów zastanawiając się w jak wielką awanturę przerodzi się to spotkanie ale nie mogła zignorować planów ojca. Nie chciała wychodzić za mąż! A na pewno nie za tak nudną osobę!
- Nie mogę uwierzyć, że to zrobiłeś! – krzyknęła, a jej głos rozniósł się po całej sali tronowej. Król z początku nie wiedział o co jej chodzi lecz gdy to zrozumiał posłał jej nieco srogą minę. W sali znajdowała się cała dwudziestka najlepszych rycerzy Omosu i nie mógł się przecież przy nich zbłaźnić pozwalając Elizabeth tak do siebie mówić. Jako król musi być stanowczy nie tylko do podwładnych ale również do swojej własnej córki.
- Chciałam jak najbardziej uwierzyć, że ci zależy na moim szczęściu... ale ojcze! Na każdym kroku przekonuje się, że jest inaczej! Bo niby co to ma być? Jak długo planowałeś moje małżeństwo z tym poważnym gogusiem, co?! – dodała, a jej oczy się zaszkliły. Ból zżerał ją od środka. Wiedziała, że to wszystko dla dobra królestwa ale cholera no, mógł jej chociaż powiedzieć. Zapytać się co o tym myśli a nie oznajmić, że resztę swojego życia spędzi w obcym króleswie razem z księciem którego nie kocha.. phi.. nawet go nie lubi!
- Nie takim tonem Elizabeth! – odpowiedział nie spuszczając dziewczyny z oczu. – Nie powinnaś się tak unosić! Twoim obowiązkiem jako księżniczki jest wyjść za porządnego księcia pewnego dobrego królestwa aby Omos mógł zawrzeć jakiś dobry małżeński pakt!
- To nie jest coś co każda księżniczka musi robić i myślałam, że to zrozumiesz! Ojcze wychowywałeś mnie praktycznie przez całe 22 lata jak rycerza ucząc walki, honoru, odwagi, nie poddawania się, dążenia do wszystkiego za wszelką cenę, a teraz naprawdę oczekujesz, że stanę się żoną Muriela bo to mój obowiązek? – teraz wypowiedziała to cichszym tonem krzyczącym niż wcześniej ale można było usłyszeć w jej głosie znacznie więcej wyrzutu.
- Gdyby twoja matka tu była zgodziłaby się ze mną, że… - usta dziewczyny zadrżały. Nie często wspominał o jej matce, a teraz wykorzystywał ten temat w taki sposób? Co za podły człowiek.
- Ale jej nie ma. I nie będzie. – powiedziała spokojniejszym głosem. – A nawet jeśli.. czy naprawdę byłaby tak podłą osobą aby zmusić swoje dziecko do ślubu wbrew jego woli? Moja matka naprawdę była taka.. taka… - nie dokończyła nie mogąc znaleźć słowa godnego opisania takiej osoby.
- Twoja matka była dobrym człowiekiem! – wtrącił się szybko Król patrząc jeszcze srożej na córkę niż wcześniej.
- A więc nie zrobiła by tego co ty chcesz mi teraz zrobić! – wzięła kilka głębokich wdechów i spojrzała w stronę rycerzy. Widać było, że każdy z nich czuł się nieco niekomfortowo uczestnicząc w kłótni rodziny królewskiej ale nie dało się ukryć, że niektórzy byli całkiem zainteresowani ową sprawą. Jej wzrok przeleciał po twarzach mężczyzn i zatrzymał się na tak dobrze jej znanej twarzy sir Blake’a. Nie patrzył na nią. Jego szare oczy były wlepione w posadzkę. Domyślała się jak on musiał się czuć w takiej chwili. Miała ochotę do niego podejść i go przytulić ale była w pełni świadoma tego, że nie może. Dla dobra jego, a nawet samej sienie – po prostu nie mogła i to ją zabijało.
- Wyjdziesz za Księcia Muriela czy tego chcesz czy nie. Nie chcę słyszeć już żadnych sprzeciwów. Pójdziesz do ołtarza i to w pełni szczęśliwa bo jak nie wierz mi, pożałujesz tego bardzo dokładnie. – powiedział po chwili król. Nie krzyczał. Powaga i spokój w jego głosie aż uderzyło ją w twarz. Już nie wiedziała co jeszcze może powiedzieć aby do ślubu nie doszło. Co jeszcze mogła zrobić? Jak długo będzie musiała go przekonywać? Cichy głosik w jej głowie wyraźnie powiedział to co wiedziała już od samego początku, gdy dowiedziała się o jej przyszłym ślubie z księciem Murielem.
~ Jestem na przegranej pozycji. ~ pomyślała i zamknęła na chwilę swoje powieki. Czuła tak straszny żal do ojca, że nie była w stanie nawet tego opisać. Powoli otworzyła oczy biorąc kilka wdechów. Spojrzała ojcu prosto w oczy i wykrzywiła twarz w grymasie, a łzy z którymi tak długo się siłowała wygrały i bezwładnie popłynęły po jej policzkach.
- Jestem pewna, że gdyby urodził ci się syn nigdy byś tak nie postąpił! Nienawidzisz mnie i obwiniasz o śmierć matki, dlatego to robisz! Przez całe życie chodź nic nie mówiłeś było to dla mnie tak oczywiste! Chodź nosisz koronę jesteś nieszczęśliwym, starym człowiekiem i chcesz pociągnąć mnie za sobą, ale ja ci nie pozwolę, ojcze. – powiedziała. Dopiero gdy skończyła przemowę poczuła, że jednak nie potrzebnie to mówiła. Serce zabiło jej szybciej. Nie wiedziała co teraz zrobić. Co prawda poczuła się lepiej wygarniając mu to wszystko co siedziało jej tak długo w sercu ale czy aby na pewno dobrała dobre słowa? Nie były zbyt ostre? Jednak nie mogła się powstrzymać od wypowiedzenia jeszcze dwóch słów które pospiesznie chciały uciec z jej ust.
- Nienawidzę cię. – wymamrotała cicho ale jej głos było idealnie obszedł całą salę tronową. Po tych słowach obróciła się szybko i już nawet nie chciała patrzeć na tak bardzo zawiedzioną minę jej ojca. Nie wiedziała jedynie czy zawiodła go przez odmowę do małżeństwa czy tak nieczułe słowa w stosunku do niego.Szybkim krokiem wyszła z sali tronowej i skierowała się do swojej komnaty aby pomyśleć nad rozwiązaniem tej chorej sytuacji.
- O co chodzi ojcze? Nie rozumiem czemu mnie teraz wezwałeś. Czyżby coś się stało? – zapytała dziewczyna nieco podenerwowana. Nikt nie wiedział, że jeszcze pół godziny temu obściskiwała się z jednym z rycerzy jej ojca. Sir Blake był najmłodszym, a zarazem najzabawniejszym rycerzem w gwardii Omos. Miał zaledwie 21 lat, a zdobył wielkie zaufanie nie tylko króla, kompanów czy mieszkańców ale także samej księżniczki. Od zawsze się przyjaźnili ale dopiero nie dawno chłopak przełamał lody i wyznał co naprawdę skrywa w swoim sercu. Chodź dziewczyna nigdy nie wiedziała za bardzo jak jest kochać przystała na jego wyznanie. Jednak wcale nie byli parą, dziewczyna najzwyczajniej bała się tego słowa, a tematu unikała jak ognia. Rycerz był wspaniałomyślny i nie nękał jej zadawaniem pytań typu „Co do mnie czujesz?” czy „Jesteśmy razem?” gdyż ona po prostu musiała wszystko przemyśleć. Spotykali się chętnie w jej sypialni czy w innych zakamarkach zamku gdzie nikogo nie było i spędzali razem czas całując się, przytulając i rozmawiając błogo. Elizabeth naprawdę lubiła ich spotkania lecz wiedziała, że gdyby ktoś się o nich dowiedział ojciec nakazałby ściąć Blakeowi głowę, a ją zamknąłby w jej komnacie przez długi, długi okres czasu.
- Wyglądasz dziś pięknie. – przyznał po czym wstał z tronu robiąc kilka kroków w jej stronę. Uśmiech nie schodził mu z twarzy dlatego dziewczyna była jeszcze bardziej zdziwiona. – Tak czy inaczej.. wezwałem cię aby powiadomić cię o tym, że już pojutrze będziemy mieć w Omosie bardzo ważnych gości. – podszedł jeszcze trochę tak, że córkę miał na wyciągnięcie ręki.
- Doprawdy? Więc kto do nas przyjedzie i w jakim celu? – zapytała spoglądając ukradkiem na sir Blake’a. Cały czas się uśmiechał w jej stronę co sprawiało, że dziewczyna była jeszcze bardziej skołowana. Jak miała rozmawiać o poważnych rzeczach gdy on wysyłał jej te swoje zalotne uśmiechy. Nie żeby miała coś przeciwko.. ale jednak to nie było dobre miejsce ani czas. Posłała mu nieco mroźne spojrzenie ale nie mogła go utrzymać długo i po kilku sekundach znów rozbawienie „wpadło” w jej źrenice.
- Nie uwierzysz ale będzie to król August wraz ze swoim synem. Pamiętasz księcia Muriela, prawda? Spotkaliście się już kiedyś.
- Tak, przypominam sobie. – odparła dziewczyna. Pamiętała ich spotkanie bardzo dokładnie chodź odbyło się ono kilka lat temu. Książę Muriel był naprawdę przystojny i miał perfekcyjne maniery ale w ogóle nie potrafił się bawić. Wolałby przesiedzieć cały dzień nad papierami niż ten czas poświęcić na nią podczas jakiegoś miłego pikniku czy choćby polowaniu. Tydzień który razem spędzili, a raczej nie spędzili ponieważ książę Muriel praktycznie cały czas siedział w zamku rozmawiając z księgowymi królestwa na temat „jak synchronizują swoje raporty?” i zachwycał się sposobami jakie się stosuje w tym temacie w Omosie, w czasie gdy ona używała życia wraz z Blakiem na polowaniach, piknikach i obiadach które o ironio były przygotowane dla niej i dla Księcia Poważniachy, wspominała miło.. tylko, że w chwilach bez jego towarzystwa.
- To wspaniale, że pamiętasz wasze pierwsze spotkanie. To ważne aby mieć w głowie chwile spotkania swojego przyszłego męża. – powiedział po chwili odchodząc kilka kroków od córki. - Ach, jesteś już taka dorosła. – dodał po chwili gdy dziewczyna nic nie odpowiedziała. Elizabeth była w kompletnym szoku i Blake z resztą także. Nie mogła uwierzyć, że ojciec za jej plecami przygotowywał dla niej pakty małżeńskie. Przez chwilę nie była wstanie wydusić słowa bo złość, panika i wiele innych emocji jakby zablokowało jej gardło. Wzięła kilka głębokich oddechów zastanawiając się w jak wielką awanturę przerodzi się to spotkanie ale nie mogła zignorować planów ojca. Nie chciała wychodzić za mąż! A na pewno nie za tak nudną osobę!
- Nie mogę uwierzyć, że to zrobiłeś! – krzyknęła, a jej głos rozniósł się po całej sali tronowej. Król z początku nie wiedział o co jej chodzi lecz gdy to zrozumiał posłał jej nieco srogą minę. W sali znajdowała się cała dwudziestka najlepszych rycerzy Omosu i nie mógł się przecież przy nich zbłaźnić pozwalając Elizabeth tak do siebie mówić. Jako król musi być stanowczy nie tylko do podwładnych ale również do swojej własnej córki.
- Chciałam jak najbardziej uwierzyć, że ci zależy na moim szczęściu... ale ojcze! Na każdym kroku przekonuje się, że jest inaczej! Bo niby co to ma być? Jak długo planowałeś moje małżeństwo z tym poważnym gogusiem, co?! – dodała, a jej oczy się zaszkliły. Ból zżerał ją od środka. Wiedziała, że to wszystko dla dobra królestwa ale cholera no, mógł jej chociaż powiedzieć. Zapytać się co o tym myśli a nie oznajmić, że resztę swojego życia spędzi w obcym króleswie razem z księciem którego nie kocha.. phi.. nawet go nie lubi!
- Nie takim tonem Elizabeth! – odpowiedział nie spuszczając dziewczyny z oczu. – Nie powinnaś się tak unosić! Twoim obowiązkiem jako księżniczki jest wyjść za porządnego księcia pewnego dobrego królestwa aby Omos mógł zawrzeć jakiś dobry małżeński pakt!
- To nie jest coś co każda księżniczka musi robić i myślałam, że to zrozumiesz! Ojcze wychowywałeś mnie praktycznie przez całe 22 lata jak rycerza ucząc walki, honoru, odwagi, nie poddawania się, dążenia do wszystkiego za wszelką cenę, a teraz naprawdę oczekujesz, że stanę się żoną Muriela bo to mój obowiązek? – teraz wypowiedziała to cichszym tonem krzyczącym niż wcześniej ale można było usłyszeć w jej głosie znacznie więcej wyrzutu.
- Gdyby twoja matka tu była zgodziłaby się ze mną, że… - usta dziewczyny zadrżały. Nie często wspominał o jej matce, a teraz wykorzystywał ten temat w taki sposób? Co za podły człowiek.
- Ale jej nie ma. I nie będzie. – powiedziała spokojniejszym głosem. – A nawet jeśli.. czy naprawdę byłaby tak podłą osobą aby zmusić swoje dziecko do ślubu wbrew jego woli? Moja matka naprawdę była taka.. taka… - nie dokończyła nie mogąc znaleźć słowa godnego opisania takiej osoby.
- Twoja matka była dobrym człowiekiem! – wtrącił się szybko Król patrząc jeszcze srożej na córkę niż wcześniej.
- A więc nie zrobiła by tego co ty chcesz mi teraz zrobić! – wzięła kilka głębokich wdechów i spojrzała w stronę rycerzy. Widać było, że każdy z nich czuł się nieco niekomfortowo uczestnicząc w kłótni rodziny królewskiej ale nie dało się ukryć, że niektórzy byli całkiem zainteresowani ową sprawą. Jej wzrok przeleciał po twarzach mężczyzn i zatrzymał się na tak dobrze jej znanej twarzy sir Blake’a. Nie patrzył na nią. Jego szare oczy były wlepione w posadzkę. Domyślała się jak on musiał się czuć w takiej chwili. Miała ochotę do niego podejść i go przytulić ale była w pełni świadoma tego, że nie może. Dla dobra jego, a nawet samej sienie – po prostu nie mogła i to ją zabijało.
- Wyjdziesz za Księcia Muriela czy tego chcesz czy nie. Nie chcę słyszeć już żadnych sprzeciwów. Pójdziesz do ołtarza i to w pełni szczęśliwa bo jak nie wierz mi, pożałujesz tego bardzo dokładnie. – powiedział po chwili król. Nie krzyczał. Powaga i spokój w jego głosie aż uderzyło ją w twarz. Już nie wiedziała co jeszcze może powiedzieć aby do ślubu nie doszło. Co jeszcze mogła zrobić? Jak długo będzie musiała go przekonywać? Cichy głosik w jej głowie wyraźnie powiedział to co wiedziała już od samego początku, gdy dowiedziała się o jej przyszłym ślubie z księciem Murielem.
~ Jestem na przegranej pozycji. ~ pomyślała i zamknęła na chwilę swoje powieki. Czuła tak straszny żal do ojca, że nie była w stanie nawet tego opisać. Powoli otworzyła oczy biorąc kilka wdechów. Spojrzała ojcu prosto w oczy i wykrzywiła twarz w grymasie, a łzy z którymi tak długo się siłowała wygrały i bezwładnie popłynęły po jej policzkach.
- Jestem pewna, że gdyby urodził ci się syn nigdy byś tak nie postąpił! Nienawidzisz mnie i obwiniasz o śmierć matki, dlatego to robisz! Przez całe życie chodź nic nie mówiłeś było to dla mnie tak oczywiste! Chodź nosisz koronę jesteś nieszczęśliwym, starym człowiekiem i chcesz pociągnąć mnie za sobą, ale ja ci nie pozwolę, ojcze. – powiedziała. Dopiero gdy skończyła przemowę poczuła, że jednak nie potrzebnie to mówiła. Serce zabiło jej szybciej. Nie wiedziała co teraz zrobić. Co prawda poczuła się lepiej wygarniając mu to wszystko co siedziało jej tak długo w sercu ale czy aby na pewno dobrała dobre słowa? Nie były zbyt ostre? Jednak nie mogła się powstrzymać od wypowiedzenia jeszcze dwóch słów które pospiesznie chciały uciec z jej ust.
- Nienawidzę cię. – wymamrotała cicho ale jej głos było idealnie obszedł całą salę tronową. Po tych słowach obróciła się szybko i już nawet nie chciała patrzeć na tak bardzo zawiedzioną minę jej ojca. Nie wiedziała jedynie czy zawiodła go przez odmowę do małżeństwa czy tak nieczułe słowa w stosunku do niego.Szybkim krokiem wyszła z sali tronowej i skierowała się do swojej komnaty aby pomyśleć nad rozwiązaniem tej chorej sytuacji.
poniedziałek, 18 marca 2013
niedziela, 17 marca 2013
Kilka słów od autorki. xx
Cześć! Z góry dziękuję za wejście na tego bloga i zainteresowanie tym postem. Lecz do rzeczy. Ostatnio przeglądałam stare rzeczy z laptopa i znalazłam moje opowiadanie, które pisałam już jakiś czas temu. Postanowiłam je wam udostępnić i w wolnym czasie zacząć pisać nawet nowe rozdziały.
Opowiadanie jest oparte na serialu produkcji BBC 'Merlin' więc jeżeli tego nie oglądałeś raczej nie zrozumiesz o co chodzi w poniektórych momentach. Jednak jeżeli znasz legendy arturiańskie uda ci się to ogarnąć.
Pewne rzeczy z serialu ulegną zmianie oraz dodane zostaną nowe postacie.
Od razu uprzedzam, że nie będzie tu paringu Merthur (sorry guys, i ship them too) ani nie będzie to yaoistyczne opowiadanie (sorry again) ale mam nadzieję, że was zainteresuje.. czy coś.
Już nie długo dodam pierwszy rozdział oraz jakiś post z zdjęciami bohaterów dla wizualizacji.
Pewne rzeczy z serialu ulegną zmianie oraz dodane zostaną nowe postacie.
Od razu uprzedzam, że nie będzie tu paringu Merthur (sorry guys, i ship them too) ani nie będzie to yaoistyczne opowiadanie (sorry again) ale mam nadzieję, że was zainteresuje.. czy coś.
Już nie długo dodam pierwszy rozdział oraz jakiś post z zdjęciami bohaterów dla wizualizacji.
To chyba wszystko... dzięki za uwagę i miłego dnia/nocy/snów. :3
xoxo.
Jeżeli chcecie o coś wiedzieć to śmiało pytajcie, odpowiem na każde pytanie. :3
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)